Ciekawy artykuł
: 08 maja 2012, 7:43
http://www.motogen.pl/artykuly/na-kazdy ... art79.html
Świat według Wiewióra - Miałem pierwszeństwo
Marcin Piotrowski
07-05-2012, 10:02
Nie wierzę w Zły Los, nie wierzę w Pecha jak również w Złą Karmę, może dlatego, że jestem w czepku urodzony, poważnie. Na porodówce ochlaj podobno był nieziemski, bo już dawno takie dziecię się nie trafiło.
Może właśnie dlatego zawsze spadam na cztery łapy, bez względu na to jak bardzo uda mi się dać ciała. Moja przyjaciółka, osoba dość prostolinijna i bezlitosna w osądach mojej osoby, po każdym fakapie, które nieodmiennie zaliczam, ciągle powtarza: „Wiewiór, masz więcej szczęścia niż rozumu”. Ciężko z tak postawionym twierdzeniem się nie zgodzić, zwłaszcza, że rok w rok, sezon w sezon zawsze coś się stanie, a ja najwyżej się otrzepię i rzucę soczystą „kurwą”. A to piach na agrafce spowoduje, że sam muszę wyciągać mojego ponad ćwierćtonowego kloca z rowu melioracyjnego, a to ktoś olej rozleje na drodze, i tego samego kloca muszę ukradkiem usunąć z czyjegoś podwórka, a to podczas burzy za bardzo przykozaczę i znowu muszę cerować kurtkę i spodnie, a to nie zauważę na winklu żwiru i polecę w kapustę, a to… no wyliczać można w nieskończoność. Ale powiem jedno, tych sytuacji, zawsze mogłem uniknąć gdybym choć trochę pomyślał, albo gdyby korba nie załączyła się w momencie kiedy opuściłem wizjer. Krótko mówiąc, każda z tych sytuacji była wynikiem zbyt dużej fantazji, daleko posuniętej niefrasobliwości, aby nie powiedzieć permanentnej głupoty.
Co jednak z takimi sytuacjami, na które wpływu nie mam? Tutaj przypomina mi się mój dzwon z 2009 roku, TIR nie ustąpił mi pierwszeństwa, po prostu w pewnej chwili znalazł się na moim pasie, było krótkie jeb! i pozamiatane. Karetka, sanitariusze, lekarze, prześwietlenia, kroplówki, poparzenia, złamania, pęknięcia, przemieszczenia, do tego wizyta żony na OIOM-ie i płacz. Długo można wyliczać, choć w sumie tylko 30 dni rehabilitacji, brania leków i łażenia z kołnierzem. Jakby nie patrzeć Szczęście dopisało, znowu. Czy miałem na to wpływ, skoro wymuszenie nastąpiło z naprzeciwka? Czy mogłem coś zrobić? Ano, jakby się temu przypatrzeć, to mogłem. Kierowca chciał skręcić, włączył kierunkowskaz i powinien był się zatrzymać, powinien był ale nie zrobił tego, ja również. A wystarczyło przecież abym zwolnił, przepuścił, poczekał, jechał 20 km/h mniej, czyli zgodnie z przepisami. Uznałem jednak, że kierowca ciągnika nie ruszy, ponieważ to ja mam pierwszeństwo. I popełniłem błąd, bo świadomość tego, że jestem niewidzialny od chwili założenia kasku na głowę oraz to, że inni kierowcy mogą, lub po prostu nie chcą stosować przepisów ruchu drogowego, powinno uruchomić we mnie mechanizm obronny, który nazywa się „ograniczone zaufanie”. Nie wiem dlaczego tak się nie stało, może temperatura była za wysoka i mózg się pod kaskiem zagotował, a może moja zbyt daleko posunięta ufność w ludzi zadziałała, no w każdym razie w ten sposób ostentacyjnie pokazałem środkowy palec mojemu Szczęściu. Przez tych blisko 100000 km, które nawinąłem, zrobiłem to tylko raz. I zostałem dość mocno skarcony.
Tego typu sytuacji można wyliczać w nieskończoność, statystyki tylko to potwierdzają, a słynny już wypadek Jarosława W. jest najlepszym przykładem na potwierdzenie tej tezy. Sęk w tym, że statystyka statystyką, a rzeczywistość rzeczywistością. Wsiadając na motocykl trzeba uruchomić mechanizm obronny – zasadę ograniczonego zaufania, i to bez względu na to czy jadę po bułki, do kościoła czy na tygodniową wyprawę. Rozumiem, że są sytuacje, które ciężko wymóżdżyć i przewidzieć, ale w większości przypadków wystarczy odrobina dobrej woli z naszej strony aby uniknąć sporego kuku. Powiedzmy sobie szczerze, jeśli samochód wyskoczy mi z podporządkowanej i zaliczę dzwona, to mogę mieć pretensje tylko do siebie, bo mogłem zwolnić i dać mu przejechać. Jeśli zostanę sklejony na burtę, bo leciałem w korku z poddźwiękową i wyskoczyłem z martwego pola w momencie kiedy katamaran zmieniał pas, to mam pecha, mogłem dać się zauważyć, mogłem jechać wolniej. Jeżeli dostanę strzała w plecy, bo puszka nie wyhamowała kiedy ostro zahamowałem, to będę mógł pogratulować sobie jazdy w „świetle” pojazdu, przecież powinienem trzymać się z boku. Jeżeli zaliczę zjazd do rowu, bo wyprzedzałem kilka samochodów, a któryś postanowił nagle skręcić do przydrożnego baru, to moja broszka, mogłem nie ciąć całej kolumny, a wyprzedzać partiami. Jeśli przywalę w puszkę, która pośrodku niczego włączała się do ruchu, to znowu mój ból, powinienem zwolnić lub pojechać szerzej. Jeśli zapali się zielone, a dostanę strzał z boku, to śmierć frajerom, moim obowiązkiem było upewnić się, czy z prostopadłej nie leciał ktoś, kto miał późne zielone. Padną zapewne pytania dlaczego mam uważać na kogoś i myśleć za kogoś? Po pierwsze, jak to ostatnimi czasy mawia przyjaciółka: „Twoje Szczęście kiedyś może się skończyć”, dlatego właśnie robię co mogę aby mu dopomagać jak się tylko da. Po drugie, odpowiedź na tak postawione pytanie można zamknąć zdaniem, które gdzieś kiedyś usłyszałem: „Miałem pierwszeństwo, zwykł mawiać dumnie, teraz takie epitafium wypiszemy mu na trumnie”.
To czy kosztem własnego zdrowia ktoś zechce podjąć ryzyko walczenia o własne prawa na ulicy pozostawiam rozwadze każdego z osobna, podobnie zresztą jak to, czy zawierzyć komukolwiek na tyle aby pozwolić sobie na choćby chwilę odpuścić pełne skupienie podczas jazdy. Warto jednak zapamiętać, że motocykl to nie bewup i w konfrontacji z samochodem jest na z góry przegranej pozycji. Nikt z nas nie jest Jarosławem W. i kiedy da ciała, to raczej nie ma co liczyć na sztab najlepszych lekarzy i najlepsze kliniki, o wywiadach dla Vivy, Bravo Girl, modlitwach słuchaczy Radia Maryja w swojej intencji, może zapomnieć. Dlatego właśnie warto zastanowić się czy ślepa wiara w innych uczestników ruchu oraz udowodnienie na siłę, że mamy pierwszeństwo, nie skończą się tragicznie. Co z tego, że Policja orzeknie winę samochodu? Co z tego, że kolejny dzwon zostanie zaklasyfikowany jako wymuszenie i statystyki będę na naszą „korzyść”? Co z tego, że nawet ubezpieczyciel nie poleci w pręta i wypłaci należne nam odszkodowanie? Dzięki temu ręka czy noga nam odrosną, ból minie, poparzenia zagoją się szybciej? Lekarzem nie jestem, a z medycyną mam do czynienia tylko kiedy biorę Paracetamol, ale z pełną odpowiedzialność mogę powiedzieć, że nie odrosną, nie minie i nawet o sekundę nie przyspieszy. No i tak na koniec: jazda karetką przyjemna nie jest, leżenie na OIOM-ie również do najwspanialszych doznań nie należy, jednak najmniej przyjemne z tego wszystkiego jest widzieć bliską Ci osobę, która patrzy na Ciebie kiedy jesteś podłączony do aparatury, a Ty za cholerę nie wiesz co będzie dalej.
W sumie dzisiaj miało być na zupełnie inny temat, ale statystyki po weekendzie majowym, w którym zginęło 65 osób i 1218 zostało rannych, tak jakoś pchnęły mnie do tych przemyśleń.
Świat według Wiewióra - Miałem pierwszeństwo
Marcin Piotrowski
07-05-2012, 10:02
Nie wierzę w Zły Los, nie wierzę w Pecha jak również w Złą Karmę, może dlatego, że jestem w czepku urodzony, poważnie. Na porodówce ochlaj podobno był nieziemski, bo już dawno takie dziecię się nie trafiło.
Może właśnie dlatego zawsze spadam na cztery łapy, bez względu na to jak bardzo uda mi się dać ciała. Moja przyjaciółka, osoba dość prostolinijna i bezlitosna w osądach mojej osoby, po każdym fakapie, które nieodmiennie zaliczam, ciągle powtarza: „Wiewiór, masz więcej szczęścia niż rozumu”. Ciężko z tak postawionym twierdzeniem się nie zgodzić, zwłaszcza, że rok w rok, sezon w sezon zawsze coś się stanie, a ja najwyżej się otrzepię i rzucę soczystą „kurwą”. A to piach na agrafce spowoduje, że sam muszę wyciągać mojego ponad ćwierćtonowego kloca z rowu melioracyjnego, a to ktoś olej rozleje na drodze, i tego samego kloca muszę ukradkiem usunąć z czyjegoś podwórka, a to podczas burzy za bardzo przykozaczę i znowu muszę cerować kurtkę i spodnie, a to nie zauważę na winklu żwiru i polecę w kapustę, a to… no wyliczać można w nieskończoność. Ale powiem jedno, tych sytuacji, zawsze mogłem uniknąć gdybym choć trochę pomyślał, albo gdyby korba nie załączyła się w momencie kiedy opuściłem wizjer. Krótko mówiąc, każda z tych sytuacji była wynikiem zbyt dużej fantazji, daleko posuniętej niefrasobliwości, aby nie powiedzieć permanentnej głupoty.
Co jednak z takimi sytuacjami, na które wpływu nie mam? Tutaj przypomina mi się mój dzwon z 2009 roku, TIR nie ustąpił mi pierwszeństwa, po prostu w pewnej chwili znalazł się na moim pasie, było krótkie jeb! i pozamiatane. Karetka, sanitariusze, lekarze, prześwietlenia, kroplówki, poparzenia, złamania, pęknięcia, przemieszczenia, do tego wizyta żony na OIOM-ie i płacz. Długo można wyliczać, choć w sumie tylko 30 dni rehabilitacji, brania leków i łażenia z kołnierzem. Jakby nie patrzeć Szczęście dopisało, znowu. Czy miałem na to wpływ, skoro wymuszenie nastąpiło z naprzeciwka? Czy mogłem coś zrobić? Ano, jakby się temu przypatrzeć, to mogłem. Kierowca chciał skręcić, włączył kierunkowskaz i powinien był się zatrzymać, powinien był ale nie zrobił tego, ja również. A wystarczyło przecież abym zwolnił, przepuścił, poczekał, jechał 20 km/h mniej, czyli zgodnie z przepisami. Uznałem jednak, że kierowca ciągnika nie ruszy, ponieważ to ja mam pierwszeństwo. I popełniłem błąd, bo świadomość tego, że jestem niewidzialny od chwili założenia kasku na głowę oraz to, że inni kierowcy mogą, lub po prostu nie chcą stosować przepisów ruchu drogowego, powinno uruchomić we mnie mechanizm obronny, który nazywa się „ograniczone zaufanie”. Nie wiem dlaczego tak się nie stało, może temperatura była za wysoka i mózg się pod kaskiem zagotował, a może moja zbyt daleko posunięta ufność w ludzi zadziałała, no w każdym razie w ten sposób ostentacyjnie pokazałem środkowy palec mojemu Szczęściu. Przez tych blisko 100000 km, które nawinąłem, zrobiłem to tylko raz. I zostałem dość mocno skarcony.
Tego typu sytuacji można wyliczać w nieskończoność, statystyki tylko to potwierdzają, a słynny już wypadek Jarosława W. jest najlepszym przykładem na potwierdzenie tej tezy. Sęk w tym, że statystyka statystyką, a rzeczywistość rzeczywistością. Wsiadając na motocykl trzeba uruchomić mechanizm obronny – zasadę ograniczonego zaufania, i to bez względu na to czy jadę po bułki, do kościoła czy na tygodniową wyprawę. Rozumiem, że są sytuacje, które ciężko wymóżdżyć i przewidzieć, ale w większości przypadków wystarczy odrobina dobrej woli z naszej strony aby uniknąć sporego kuku. Powiedzmy sobie szczerze, jeśli samochód wyskoczy mi z podporządkowanej i zaliczę dzwona, to mogę mieć pretensje tylko do siebie, bo mogłem zwolnić i dać mu przejechać. Jeśli zostanę sklejony na burtę, bo leciałem w korku z poddźwiękową i wyskoczyłem z martwego pola w momencie kiedy katamaran zmieniał pas, to mam pecha, mogłem dać się zauważyć, mogłem jechać wolniej. Jeżeli dostanę strzała w plecy, bo puszka nie wyhamowała kiedy ostro zahamowałem, to będę mógł pogratulować sobie jazdy w „świetle” pojazdu, przecież powinienem trzymać się z boku. Jeżeli zaliczę zjazd do rowu, bo wyprzedzałem kilka samochodów, a któryś postanowił nagle skręcić do przydrożnego baru, to moja broszka, mogłem nie ciąć całej kolumny, a wyprzedzać partiami. Jeśli przywalę w puszkę, która pośrodku niczego włączała się do ruchu, to znowu mój ból, powinienem zwolnić lub pojechać szerzej. Jeśli zapali się zielone, a dostanę strzał z boku, to śmierć frajerom, moim obowiązkiem było upewnić się, czy z prostopadłej nie leciał ktoś, kto miał późne zielone. Padną zapewne pytania dlaczego mam uważać na kogoś i myśleć za kogoś? Po pierwsze, jak to ostatnimi czasy mawia przyjaciółka: „Twoje Szczęście kiedyś może się skończyć”, dlatego właśnie robię co mogę aby mu dopomagać jak się tylko da. Po drugie, odpowiedź na tak postawione pytanie można zamknąć zdaniem, które gdzieś kiedyś usłyszałem: „Miałem pierwszeństwo, zwykł mawiać dumnie, teraz takie epitafium wypiszemy mu na trumnie”.
To czy kosztem własnego zdrowia ktoś zechce podjąć ryzyko walczenia o własne prawa na ulicy pozostawiam rozwadze każdego z osobna, podobnie zresztą jak to, czy zawierzyć komukolwiek na tyle aby pozwolić sobie na choćby chwilę odpuścić pełne skupienie podczas jazdy. Warto jednak zapamiętać, że motocykl to nie bewup i w konfrontacji z samochodem jest na z góry przegranej pozycji. Nikt z nas nie jest Jarosławem W. i kiedy da ciała, to raczej nie ma co liczyć na sztab najlepszych lekarzy i najlepsze kliniki, o wywiadach dla Vivy, Bravo Girl, modlitwach słuchaczy Radia Maryja w swojej intencji, może zapomnieć. Dlatego właśnie warto zastanowić się czy ślepa wiara w innych uczestników ruchu oraz udowodnienie na siłę, że mamy pierwszeństwo, nie skończą się tragicznie. Co z tego, że Policja orzeknie winę samochodu? Co z tego, że kolejny dzwon zostanie zaklasyfikowany jako wymuszenie i statystyki będę na naszą „korzyść”? Co z tego, że nawet ubezpieczyciel nie poleci w pręta i wypłaci należne nam odszkodowanie? Dzięki temu ręka czy noga nam odrosną, ból minie, poparzenia zagoją się szybciej? Lekarzem nie jestem, a z medycyną mam do czynienia tylko kiedy biorę Paracetamol, ale z pełną odpowiedzialność mogę powiedzieć, że nie odrosną, nie minie i nawet o sekundę nie przyspieszy. No i tak na koniec: jazda karetką przyjemna nie jest, leżenie na OIOM-ie również do najwspanialszych doznań nie należy, jednak najmniej przyjemne z tego wszystkiego jest widzieć bliską Ci osobę, która patrzy na Ciebie kiedy jesteś podłączony do aparatury, a Ty za cholerę nie wiesz co będzie dalej.
W sumie dzisiaj miało być na zupełnie inny temat, ale statystyki po weekendzie majowym, w którym zginęło 65 osób i 1218 zostało rannych, tak jakoś pchnęły mnie do tych przemyśleń.
