... i kolejna agrafka, w kasku brzmi muzyka, poza kaskiem górską ciszę przerywa tylko rytmiczne stukanie singla, odejmuję gaz, zestresowany przejeżdżam niegłęboki zresztą brod, który ciężko nawet nim nazwać. Ot kilka kamieni, małych, dużych i średnich, ot, zwykłe otoczaki. Pomiędzy nimi, litry niskiej na kilka cm, wartko płynącej wody. I między to wszystko z wielkim hukiem ładuje się moja Yamaha, mój EnJoy! Tankbag odpadł, leży gdzieś obok strumyka. Dobrze, że nie spadł w przepaść. Jestem sam, więc motocykl obowiązkowo musiał wylądować kołami do góry tak bym miał lżej, bym nie kombinował za wiele, tylko rozłożył ręce i zaczął kląć...
Kurtka, kask lądują na suchym poboczu, nie ma co załamywać rak, w końcu jeszcze 20 minut i zbiornik będzie pusty... myślę sobie patrząc na wyciekające ze zbiornika paliwo. Próbuję go ruszyć w pozycji jakiej runął – nie ma szans. Trzeba ściągać bagaże lub... ale do tego wrócimy za kilkanaście odcinków.
Bathory i ja, EnJoy i Transalp600 – to bohaterowie tegoż opowiadania, opowiadania o wielkich planach, o marzeniach, o przeżyciach, o wzlotach i upadkach jakie towarzyszyły nam w ciągu blisko 40dniowej podróży. Miało być ich nawet 43 ale do tego tez wrócimy – za kilka odcinków. Wszytko będzie się wyjaśniało wraz z rozwojem sytuacji.
Na razie suche fakty.
Pomysł narodził się w lutym, oczywiście podczas degustacji jakiegoś szlachetnego trunku. Zazwyczaj wtedy ludzie staja się bardziej wylewni i zdradzają swoje marzenia, inni podchwytując temat podejmują wyzwanie. I nie inaczej było tym razem. Marzyliśmy chyba do 2 nad ranem. Część naszych marzeń nawet się spełniła, znakomita część!
Do ich realizacji przystąpiliśmy niemal natychmiast, dnia kolejnego badając się tylko nawzajem czy aby reszta pamięta o czym był wczorajszy wieczór i co tak naprawdę się wydarzyło w pewnym gdyńskim mieszkaniu na parterze. Pamiętaliśmy!
Po tygodniu mieliśmy już zarys trasy, zarys tego co miało nas czekać we wrześniu i październiku. Przez kolejne tygodnie dokładamy co chwilę kolejne miejsca jakie chcieliśmy odwiedzić, kolejne szczyty jakie planowaliśmy zdobyć, państwa do których chcieliśmy wjechać. Tak, szczyty. Od lat kiełkowało we mnie takie marzenie. Wziąć szpej, wrzucić to na motocykl, wjechać jak najwyżej się da i dalej ruszyć z plecakiem, ku przygodzie.
Nie ma co ukrywać - przerosło nas to wszystko bez dwóch zdań. Hmm w sumie to może nie tak ostro, może nie przerosło tylko po prostu wygrała dusza i mentalność podróżnika, który zamiast nawijać kilometry i cieszyć się tylko jazdą wybrał to coś i delektował się tym czymś, tym czymś czego nie da się opisać, czego nie da się opowiedzieć. Ktoś kiedyś pięknie to opisał: o tym można jedynie pomilczeć, najlepiej przy ognisku.... najlepiej w grupie ludzi, którzy wiedzą o co chodzi. Tam nie trzeba litrów alkoholu by w ich głowach pojawiły się piękne obrazy, wspaniałe pejzaże, by wzdychając wspominali poznanych ludzi, przygody... by dym z ogniska rysował co chwilę to nowe pejzaże.
Ja, jako, że mam słabą pamięć to wszystko jednak staram się utrwalić na fotografii. Mam nadzieję, że spodobają się Wam one, podobnie jak milczenie, którym będę chciał je okrasić
Startujmy więc.
10dni przed wyjazdem już wiemy, że z naszych planów na 43dniowy urlop musimy odjąć co najmniej 3. Nasza wina. Zbyt późno złożone dokumenty do ambasady Rosji, a może nawet nie to – wpisana nie taka miejscowość ;( Miejscowość na Kaukazie jaką wybrał Tomasz do „wypisania” vouchera zmienia tryb wydania wizy ze zwykłego na wydłużony. Wyrok brzmi 10 dni a liczyliśmy na 5-6. O swoich perypetiach z wyrobieniem wizy nie będę nawet wspominał bo to seria porażek i kosztów. Podobnie jak przygotowanie motocykla, niedotrzymane terminy, obietnice, i kolejne niedotrzymane obietnice. Tak to wyglądało w skrócie. Stres, cisza w telefonie po drugiej stronie, brak kontaktu, sprzętu, brak nadziei.
Piątek 6 września, godzina 11.00
Wszystko kończy się tak, że tego dnia, tuż przed wyjazdowym weekendem wszystkich potrzebnych rzeczy mam po dwa kpl. Dodatkowo, awaryjnie kilku znajomych czekało by zdemontować to co potrzeba ze swoich XTRów i pożyczyć... DZIĘKI chłopaki! Fajnie jest wiedzieć, że w tym świecie są jeszcze ludzie na których można liczyć!
Połowa gratów ląduje na półce, trudno – nie będę teraz robił z gęby... i nie będę tego odsyłał ludziom, którzy stawali na głowie by mi to załatwić na czas. Sprzeda się po powrocie. Straty muszą być, zawsze można to potraktować jako nauczkę.
Po pracy zgarniam to wszystko i z tatą, szwagrem, kolegą zabieramy się do roboty. Po 4h już wiemy, że to co przyszło nie pasuje...przeróbki: wiertarka, kątówka, młotek, nowe śruby, naciąganie i o 23.00 kończymy mniej więcej w połowie roboty. Sen.
Sobota 7 września.
Sklep, garaż i tak mija kolejny dzień. Nadal nieskończone mimo, że przez cały dzień przy moto pracowały co najmniej dwie osoby. Na niedzielę zostaje co prawda tylko kosmetyka i jazda próbna ale i to się nie udaje – trzeba się było w końcu również spakować i odsapnąć od tego wszystkiego.
Poniedziałek 9 września
11:00 SMS od Tomasza: „Mam wizę, ruszam. Mam 400km do Ciebie, będę po 17.00”
Po pracy ruszam do garażu, tam między śrubą, kluczem a nakrętka odbywają się urodziny siostry, która doskonale rozumie, że inaczej się nie da, w końcu zna mnie nie od dziś
Spać kładziemy się około 23, tzn Bathory bo ja usypiam około 1 tylko po to by o 3 zerwać się do pracy.
Wtorek 10 września
2h snu, dzień w pracy i w końcu ruszamy. O 14.00 ale ruszamy! Plan na dziś...
nie zgadniecie

opowiem w kolejnym odcinku. W każdym razie czas nas goni!
Kilka zdjęć z przygotowań maszyny, z wyjazdu:
