Na zejście na dół tego dnia było już za późno, do auta doczłapalibyśmy się chyba koło północy, jeśli nie później.
Poza tym mieliśmy przecież czas, więc postanowiliśmy cieszyć się słońcem, widokami i swoim towarzystwem.
Po posiłku nadszedł czas na błogie lenistwo a potem, jak już plecy zaczęły boleć na trochę aktywności (lepienie bałwana) i uwiecznianie chwili.
Można też było wybrać się na spacer do pobliskiego schroniska.
Był też czas na bicie się ze swoimi myślami, czas na odłączenie się od grupy, na obcowanie tylko z górami.
Szalone zdjęcia dopełniły tylko kolorytu tego popołudnia:
A potem słonko zaczęło chylić się ku zachodowi i powoli znikało za horyzontem.
Temperatura w namiocie wynosiła +18*C !! Błogo!
Ostatni dzień musimy zacząć wcześnie. Celem jest zejście tak szybkie by dotrzeć na ostatni pociąg w dół, w przeciwnym wypadku czeka nas pokonanie "z buta" różnicy wzniesień na poziomie ok 2900mnpm! Nikomu się nie uśmiecha taka mordęga, zwłaszcza ,że zapłaciliśmy już za bilet powrotny. Jest 4AM. Po kolei, w każdym z namiotów budzi się życie, ciemności rozświetla błysk czołówek, grobową ciszę przerywaną dotychczas jedynie mocnymi porywami wiatru teraz przeszywają dźwięki rozsuwanych namiotów. Nasze miasteczko budzi się. Nie ma latarni, jest za to księżyc. Nie ma toalet, każdy więc robi to jak może

Nie ma restauracji gdzie można by zjeść coś ciepłego ale dajemy radę. Składamy nasz namioty, pakujemy plecaki, w termosy nalewamy gorącej herbaty. Jesteśmy szczęśliwi, jesteśmy spełnieni ! Wypadało by już ruszać ale wszyscy rozumiemy się bez słów... trzeba poczekać do wschodu słońca, zobaczyć ścieżkę na Blanka jeszcze raz, zachłysnąć się po raz ostatni w tym roku wysokogórskim powietrzem, zrobić ostatnie fotki i można ruszać. Wpiąć się w poręczówkę, powiązać z zespołem i iść, ciągle iść. Motocykliści ruszają przodem.
Kilka godzin później, kilkaset metrów niżej siedzimy już na stacji w oczekiwaniu na kolejkę, którą z lenistwa chcemy zabrać się na dół. Zresztą mamy już wykupione bilety więc szkoda nóg, zwłaszcza, że trasa mało atrakcyjna. Mija 30,60,90minut. Kolejki nie ma natomiast pojawia się reszta ekipy. Razem ustalamy by zejść jednak niżej - najwidoczniej z jakiejś przyczyny wagoniki nie wjeżdżają dziś tak wysoko.
I faktycznie, dopiero na kolejnej stacji można było wygodnie rozsiąść się w jednym z trzech wagonów i zjechać w dół.
Na parkingu wyciągamy z auta to, co zostawiliśmy sobie jako nagrodę za zdobycie szczytu. Nikt nawet w najczarniejszych scenariuszach nie przewidywał, że może się coś nie udać.
15minut później zostały już tylko okruszki...
Godzina była jeszcze wczesna, urlopy i tak zaklepane więc, Ci którzy mogą zostać pakują się do jednego auta, Ci, którzy muszą wracać do drugiego.
My, po krótkich naradach wybieramy trasę przez Paryż. Średnio on nam po drodze ale połowa z nas nigdy tam nie była a druga połowa chce tam wrócić. Choćby i na godzinę. Szalony pomysł ale warto było! W tym magicznym mieście spędzamy raptem dwie godzinki i uciekamy by nie złapały nas poranne korki.
I to by było na tyle z historii. Tak wyglądały początki czegoś co nazwaliśmy po prostu i zwyczajnie - MotoGóry.
Fajnie jest móc połączyć swoje pasje: motocykl, góry, fotografię.
Może nie jeździmy najlepiej, może nie zdobywamy najwyższych i najtrudniejszych gór, może nasze fotki nie są doskonałe ale cieszymy się z tego co mamy a tą relacją chcemy się tym z Wami podzielić.
Do wyjazdu na Kaukaz pozostał miesiąc.
W międzyczasie udało nam się spotkać kilka razy, odbyć nawet super wyjazd, takie przetarcie przed wyprawą.
Odwiedziliśmy Dolomity. Kilka zdjęć umieszczę jak tylko znajdę wolną chwilę, na dziś uważam, że wystarczy - i tak mocno obciążyłem serwer
Ostatni miesiąc to czas na serwis motocykli, sprawy wizowe, ogarnięcie brakującego sprzętu górskiego i rozmyślanie nad tym jak to wszystko zapakować na motocykl...
P.S. Zapraszam na
https://www.facebook.com/MotoGory a niedługo wystartuje także stronka
http://www.motogory.pl